wydarzenia 2008
Amerykanin jedzie na Powązki
„ZZA GROBU...
Allen Paul
Dzień Wszystkich Świętych w Polsce
1 listopada 2008
Jak co roku miliony moich rodaków w Ameryce obudzą się w dzień Wszystkich Świętych, trąc zaspane oczy po obchodzonym dzień wcześniej Halloween. Amerykańskie dzieci jak dawniej objadają się słodyczami i próbują nastraszyć innych, coraz częściej jednak Halloween staje się szałem autoekspresji dla osób stojących u progu dorosłości. Czy nie umyka nam coś naprawdę ważnego? Po tym, czego byłem świadkiem na Powązkach w 1989 roku i w roku ubiegłym, skłonny jestem tak myśleć.
W Polsce w Dzień Wszystkich Świętych nawet Kostucha zostawia drzwi śmierci lekko uchylone. W ten szczególny dzień miliony Polaków łączy jedno. Rozważając największą z ziemskich ostateczności, czczą pamięć zmarłych rodziców, dzieci, rodzeństwa, wspominają żołnierzy, mężów stanu, kompozytorów, profesorów, ludzi wszelkich profesji.
Polacy najwyraźniej wypracowali właściwą hierarchię wartości, tego dnia bowiem codzienne życie – czy mowa o pójściu do pracy, czy o kupnie mleka – jakby się zatrzymuje. Choć tramwaje i autobusy nadal kursują, to tylko po to, by dowieźć pasażerów na cmentarze, gdzie dopełniają się wielowiekowe rytuały: składanie kwiatów na grobach – od pojedynczej róży po okazałe wieńce wielkości koła, palenie lampek nagrobnych, kolorowych szklanych zniczy, których płomienie zlewają się w morze ognia, od którego bije poświata duchowości.
Co warte podkreślenia, nie odczuwa się żadnego pośpiechu. Polacy trwają w zadumie i modlą się z taką naturalnością, że można odnieść wrażenie, iż udało im się przekroczyć granice śmiertelności i połączyć się z przodkami, którzy z grobu domagają się pamięci i zachowania wiecznych więzi. Widać to w przelotnych obrazkach: wdowa klęczy u grobu męża; rodzice szepcą coś dziecku, które słucha z szeroko otwartymi oczami; para młodych ludzi, przytulonych do siebie, wzrokiem wybiega w jesienną mgłę.
Co mnie najbardziej zadziwia, nie towarzyszy temu atmosfera wielkiego smutku. Raczej stonowany nastrój świętowania, poczucie wdzięczności wobec rodziców, którzy w trosce o dzieci zaciskali pasa; wdzięczności za starania troskliwych opiekunów; wdzięczności wobec poetów, których czuwanie przez długie, mroczne lata rosyjskich rządów umacniało ducha narodu. Wreszcie poczucie bezustannej wdzięczności za męstwo rodaków, którzy oddali życie w licznych powstaniach, podczas połączonej inwazji nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego, w Powstaniu Warszawskim oraz w długiej i samotnej walce z bezbożnym komunizmem. Ów ceremoniał oddawania czci, odprawiany zarówno w najmniejszej wiosce, jak i w największym z miast, po części określa, co to znaczy być Polakiem. To pielgrzymka, którą pominąć nie sposób. I niewielu Polaków z niej rezygnuje.
Po raz pierwszy byłem jej świadkiem na tydzień przed upadkiem muru berlińskiego. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. W ubiegłym roku, tuż przed południem, wsiadłem w zatłoczony autobus jadący na Powązki, najbardziej znany z warszawskich cmentarzy. Wysiadłem i stanąłem na chodniku, wzdłuż którego ciągnęły się kolorowe stoiska z kwiatami: chryzantemy wielkości talerza, wykwintne czerwone róże, pelargonie w doniczkach. Po drugiej stronie ulicy wysokie mury cmentarza zbiegają się u wejścia do kościoła pw. św. Karola Boromeusza, patrona misjonarzy, gdzie odprawiana była właśnie „msza za zmarłych”.
Podobnie jak autobus, kościół był pełen ludzi. Wszystkie miejsca szybko pozajmowano, środkowe przejście wypełnił tłum stojących. Ołtarz pokrywały duże kompozycje z chryzantem; najbardziej jednak rzucał się w oczy prosty bukiet róż, który przyniósł mały chłopiec w asyście dwóch dziewczynek. Aktor przeczytał z dramatyzmem fragment Pisma Świętego, arcybiskup wygłosił homilię, rozbrzmiał żeński chór anielskich głosów, dzieci zaśpiewały poruszającą pieśń. Jednak największe wrażenie wywierało harmonijne współdziałanie wiernych i duchownych, stanowiące bez wątpienia efekt powtarzania w nieskończoność tekstów, odpowiedzi i pieśni, mimo to stwarzające aurę spontaniczności.
Procesja ruszyła środkowym przejściem i bocznymi drzwiami wyszła na cmentarz, podążając Aleją Zasłużonych. Wierni wylali się z kościoła, postępując tuż za kapłanami, zakonnicami i akolitami. Od czasu do czasu procesja zatrzymywała się, arcybiskup kadzidłem okadzał miejsce, symbolicznie odpędzając złe duchy. Część tych obrządków pochodzi ponoć z czasów pogańskich.
Polacy jak najsłuszniej mogą być dumni z rodaków pochowanych na Powązkach. Wśród nich jest Bolesław Prus, którego powieści w duchu realizmu szokowały wielu na przełomie XIX i XX wieku; tu leży Marian Rejewski, matematyk i kryptolog, który łamiąc kod niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma przybliżył koniec drugiej wojny światowej; Władysław Szpilman, bohater uhonorowanego Oscarami filmu „Pianista”; Irena Sendlerowa, działaczka społeczna, która ocaliła od Zagłady 2500 żydowskich dzieci; oraz wielu, wielu innych.
Wracająca do kościoła procesja zatrzymała się na chwilę przy skromnej tablicy, upamiętniającej tysiące polskich oficerów zamordowanych przez bolszewików w Katyniu. W przemarszu przez cmentarz na czele procesji szedł poczet sztandarowy złożony z członków Rodzin Katyńskich, organizacji, która przyczyniła się w ogromnym stopniu do ocalenia pamięci o ofiarach i zachowania miejsc ich wiecznego spoczynku w Rosji i na Ukrainie.
Patrząc, jak dym z kadzidła omiata mur za pocztem Rodzin Katyńskich, nie mogłem oprzeć się myśli, że złe duchy, przynajmniej w tym przypadku, niełatwo będzie odpędzić. Rosja nadal nie chce uznać mordów w Katyniu za akt ludobójstwa ani nawet za zbrodnię stalinowską. Impas w tej sprawie stanowi dużą przeszkodę dla poprawy stosunków Rosji z Polską. Kwestia ta jest ważnym barometrem relacji między oboma krajami. Również Amerykanie muszą coraz lepiej rozumieć, dlaczego Polakom należy się ich poparcie w tej oraz w innych kluczowych kwestiach.
Znad kwiatów, zniczów i kadzidła wyłania się obraz narodu, który – trwalej chyba niż jakikolwiek inny naród – utrzymuje więź z przeszłością w znaczeniu jednostkowym i zbiorowym. Tożsamość narodowa Polaków jest tak silna, że nie zdołały jej pomniejszyć blisko dwa wieki brutalnego obcego panowania. Świadomość tego, kim są, Polacy po części zawdzięczają silnej wierze, że w Dzień Wszystkich Świętych przodkowie przemawiają do nich zza grobu.
Allen Paul jest autorem książki Katyń; obecnie pisze powieść o Polsce, która ukaże się jesienią 2009 roku.


